Varanasi – miasto śmierci, odrodzenia i Matki Gangi

Nie wiem jak powinienem zacząć aby przedstawić dzisiejszą opowieść.
Tym razem skorzystam z tekstu, który napisała moja znajoma, m.in uczestniczka naszej wyprawy

Tekst: Agnieszka Stabińska

Varanasi, Benares, Miasto Światła – to tylko kilka nazw świętego miasta nad świętą rzeką. Niemal każdy kto podróżuje po Indiach w którymś momencie musi tu dotrzeć. I chociaż ilu turystów tyle wspomnień z podróży nie potrafię przemilczeć wrażeń, jakie wywarło to miejsce na mnie


Do Varanasi przyjechaliśmy nocnym pociągiem 29 lutego 2008 roku. Na dworcu od razu obstąpiło nas kilku rikszarzy proponując podwiezienie, jak również pomoc w znalezieniu hotelu. Po krótkich negocjacjach pojechaliśmy do starej części miasta. Uliczki były tak wąskie, że w pewnym momencie musieliśmy już iść pieszo, bo przejechać nawet małą motorikszą się nie dało. Wybraliśmy tani i obskurny hotel. Jego właściciel zaoferował nieodpłatną pomoc swojego podwładnego w oprowadzeniu po mieście i gathach nad Gangesem. Zostawiliśmy bagaże i ruszyliśmy na spacer. Cieszyliśmy się, że pracownik hotelu wybrał się z nami, gdyż w tym labiryncie klaustrofobicznych wręcz uliczek szybko można stracić orientację. Przez dziesięć minut kluczyliśmy między krowami, bawołami, wychudzonymi psami, sklepikami, dziećmi, żebrakami i górami śmieci, aż wreszcie dotarliśmy nad najświętszą rzekę Hindusów – Ganges.

Ganga – rzeka Matka – najważniejsza bogini w Varanasi. W mieście istnieje kilkaset świątyń, jednak żadna z nich, ani wszystkie razem wzięte, nie są czczone i wielbione tak bardzo jak święte wody świętej rzeki. Ma ona bowiem moc oczyszczania ze wszystkich grzechów, a zanurzenie w niej przygotowuje duszę do ostatecznej drogi.

Mijaliśmy joginów, ascetów, sadhu – świętych mężów wysmarowanych na znak pokuty popiołami, ale również zachodnich turystów, którzy przyjeżdżają do Benares aby odnaleźć wewnętrzny spokój poprzez medytację nad brzegiem świętej rzeki.

Wiele czytałam o świętym miejscu, widziałam też kilka filmów (niekoniecznie bollywoodzkich produkcji), ale i tak stałam oniemiała. Słynne ghaty, czyli ciągnące się wzdłuż brzegu strome schody były pełne ludzi, śmieci, odchodów. Jeszcze gorzej wyglądała sama rzeka. Wprost do wody spływały rurami ścieki. W tej brudnej zawiesinie kąpały się dzieci, dorośli, przy brzegu chodziły zwierzęta. Na kamieniach, między śmieciami, fekaliami, psami i krowami ludzie robili pranie metodą naszych prababć – uderzając zwiniętymi materiałami o kamień zanurzony w wodzie. Prali nawet bieliznę i prześcieradła (również z okolicznych hoteli). Rzeczy suszyły się nieco dalej rozpostarte na wyższych partiach schodów, a często po prostu na piachu.

Nie powinno mnie to dziwić, biedę w przeludnionych Indiach widać na każdym roku, w każdym mieście. Do tego kraj ma problem z niedostatkiem wody pitnej, a w wielu domostwach po prostu wody bieżącej nie ma. Ludzie gdzieś przecież swoje potrzeby załatwiać muszą, przychodzą więc nad rzekę.

Szliśmy obserwując ludzi. Dzieciaki pluskały się w wodzie, ganiały za zwierzętami. Było mnóstwo osób starych, schorowanych i żebrzących. Nigdzie wcześniej w Indiach aż tylu ludzi w sędziwym wieku nie spotkaliśmy. Prawdą jest, że wielu z nich przybywa z najodleglejszych miejsc w kraju, aby właśnie w Varanasi zakończyć swoją drogę. Pragną tu umrzeć i tu zostać spalonymi na stosie w celu osiągnięcia wyzwolenia z kręgu narodzin i śmierci, czyli mokszy.

Dotarliśmy do pierwszego z dwóch kremacyjnych ghatów Varanasi – Harischandra Ghat (Smashan Ghat). Miejsce to wyobrażałam sobie zupełnie inaczej. Myślałam, że w jakiś sposób podkreślona zostanie jego wyjątkowość, bo przecież jest swego rodzaju cmentarzem. A tutaj na zwykłym piachu, tuż przy rzece, leży kilka niewielkich, drewnianych stosów. Pomiędzy nimi łażą bezkarnie krowy i psy, leżą śmieci. A w rzece tuż przy stosach, nie zwracając uwagi na odbywający się obrzęd, ktoś robi pranie.

Jeden ze stosów płonął intensywnie, dwa inne już się dopalały. Przystanęliśmy na specjalnym tarasie. W ciszy obserwowaliśmy jak płomienie pochłaniają ludzkie ciało. Między sczerniałymi kłodami zobaczyłam wystające ludzkie stopy. Przewodnik powiedział, że te części które się nie dopalą zostaną wrzucone do wody wraz z prochami. Cieszyliśmy się, że jest z nami, bo opowiadał z prawdziwą pasją o obrzędach, jak i o kraju. Bardzo dokładnie omówił proces począwszy od momentu oczekiwania na śmierć przez schorowanego lub starego człowieka, przygotowanie do obrzędu ciała, kremację, rozsypanie prochów.

Opowiedział nam również o tym, że nie wszyscy mogą dostąpić zaszczytu ciałopalenia. Są grupy, których kremacji się nie poddaje: małe dzieci, kobiety w ciąży, ludzie chorzy na trąd, osoby, które zmarły w wyniku ukąszenia węża, jak również przewodnicy duchowi. Ci ostatni osiągnęli doskonałość duchową za życia, zatem nie potrzebowali już rytualnej, oczyszczającej siły ognia. Dzieci z kolei nie rozumieją, że wszystko, także życie, jest darem bogów. Grupy te niekiedy grzebie się w ziemi lub, co jest częstszą praktyką, wrzuca do rzeki z kamieniem przywiązanym do szyi! Mężczyzna wyjaśnił również, że niezwykle istotnym momentem w czasie obrządku ciałopalenia jest pęknięcie czaszki, z której ulatuje duch. Jeśli nie nastąpi to naturalnie podczas spalania pomaga się zmarłemu – mężczyzna z kasty nietykalnych przebija wówczas czaszkę prętem… Niezapomniane wrażenie wywarł także spokój rodziny zmarłego. Mimo, że stracili kogoś bliskiego nikt nie lamentował, nie było rozpaczy. Tylko smutek. Wiara w reinkarnację sprawia, że potrafią przetrwać tak trudne momenty. Długo nie zapomnę tego widoku.

Kremacja jest bardzo kosztowana. Przeludnione, i co się z tym wiąże wylesione Indie mają za mało drzewa, stąd jest ono tutaj towarem deficytowym na wagę złota. Ilość potrzebną do spalenia odmierza się skrupulatnie i proporcjonalnie do wagi zmarłego. Koszt ciałopalenia to minimum 2000-3000 rupii, czyli dla biednego Hindusa całkiem dużo. Ludzie zbierają pieniądze w ciągu życia aby wystarczyło na kremację. Sprzedają wszystko co tylko cennego posiadają. Wszystko po to, aby w ciągu kilku godzin ogień unicestwił ich ciało. Istnieje w Vanarasi krematorium gazowe z prawdziwego zdarzenia, w którym proces jest dużo tańszy i znacznie szybszy, jednak dla Hindusa liczy się tylko spłonięcie na stosie, kiedy stykają się ze sobą żywioły.

Dopłynęliśmy do najważniejszej kremacyjnej Ghaty Manikarnika. Stosy płoną tu w dzień i w nocy. Tuż obok stoją poukładane, wielkie kopce drewna oraz wagi służące do odmierzania ilości pali na stos. Płonęło kilka z nich…


Wieczorem wynajęliśmy łódź na kilkugodzinną przejażdżkę po rzece, żeby przyjrzeć się obrzędom z bliska. Popłynęliśmy wzdłuż gath obserwując brzeg. Mnóstwo ludzi oddawało się podobnym zajęciom, które widzieliśmy rano: kąpali się, medytowali, spacerowali. Nie przeszkadzał im brud. Mijaliśmy piękną wyniosłą twierdzę z czerwonego piaskowca nad Chet Sigh Ghat. Przy Ghacie Sindhija widzieliśmy przechyloną świątynię. Wybudowano ją tuż przy rzece. Konstrukcja okazała się jednak zbyt ciężka na podmokły teren i sprawia wrażenie, że za chwilę przewróci się wprost do rzeki. Woda w sanktuarium sięga kolan.

Słońce zaczęło zachodzić i cały brzeg spowity został jego ciepłymi promieniami. Kolory stały się jeszcze bardziej intensywne. Zaczęłam dostrzegać piękno tego miejsca. W magicznej scenerii dopłynęliśmy do Dasashvamedha Ghat. To centralnie położony i chyba najświętszy, najważniejszy w Varanasi ghat. Stoi tu mnóstwo parasoli pod którymi zasiadają kapłani odprawiający rano i o zmroku rytualne modlitwy dla pielgrzymów (pudźa). Zapadł zmierzch. Na ghacie stało już tysiące wiernych. Rozpoczynała się ceremonia światła. Nadeszło kilkunastu kapłanów, którzy zaczęli odprawiać rytualne modły, by oddać cześć Gandze. Mężczyźni uderzali w duże gongi, recytowali modlitwy, z kadzielnic unosił się dym. Tłumy pielgrzymów powtarzały mantry. Od 10 letniego chłopca kupiliśmy malutkie świeczki osadzone na miseczkach z liści bambusowych, przystrojone nagietkami. Podpaliliśmy je i puściliśmy na rzekę, obserwując, jak wraz z setkami innych światełek, migoczą na ciemnej tafli wody…Mimo, iż wiele z obrzędów nie byliśmy wstanie zrozumieć poczuliśmy mistycyzm tego miejsca…

Tekst: Agnieszka Stabińska

I dwa zdjęcia na zakończenie – jedne z moich ulubionych

11-12-2011 - 13:35

Aleksandra Bardzo ciekawe zdjęcia. Polecam film „Forest of Bliss”!

15-10-2010 - 21:31

Maciej Gniado Czytałem i oglądałem z rozdziawioną paszczą…

17-07-2010 - 00:06

Kuba Całkiem nieźle panie Paweł. Całkiem nieźle. Byłem, widziałem na własne oczy… i twoje zdjęcia pokazały mi coś czego sam nie dostrzegłem.

28-05-2010 - 16:06

Dyziek Super się czytało i oglądało!

27-05-2010 - 17:46

Agnieszka Stabińska Paweł z Twoimi zdjęciami tekst prezentuje się świetnie. Aż oniemiałam z wrażenia. Miło mi zaistnieć na tak wspaniałym fotoblogu! Wróciły wspomnienia 🙂 To była wspaniała podróż! Może ją powtórzymy?;)

27-05-2010 - 12:58

Emilia Ułanowicz-Szarafińska RE-WE-LAC-JA! Rewelacyjne zdjęcia świetnie opowiedziana historia. Oglądałam/czytałam z ogromną przyjemnością.

27-05-2010 - 11:44

Kasia Pawlica Pawel, ponownie napisze, wspanialy reportaz – swietne zdjecia, ujecia, opis. Prawdziwy, profesjonalny reportaz. Moglbys sprobowac gdzies z tym pojsc, wydrukowac w National Geographic – to sie nadaje do takiego pisma w stu procentach.Profesjonalizm!! gratuluje i zazdroszcze 🙂

27-05-2010 - 11:18

anja Piękna opowieść pięknie zobrazowana.

27-05-2010 - 11:14

Ania Pawleta Paweł rewelacyjnie opowiedziane, oglądam i oglądam. Ostatni portret jest przemega! Gratuluję!

27-05-2010 - 10:57

Maja Maciejewska Fantastyczny reportaż!

27-05-2010 - 10:43

Przemek Świetne, niekonwencjonalne, żywe i PRAWDZIWE! Reportaż jakiego dawno nie widziałem. Zapewne wiele wysiłku zostało włożone by ukazać odpowiedni klimat. Gratuluje i aż trochę zazdroszczę takiego wyjazdu 🙂

27-05-2010 - 10:02

Radek Radziszewski Wspaniale pokazane i opowiedziane !

Your email is never published or shared. Required fields are marked *

*

*

There was an error submitting your comment. Please try again.